Ogród – jak zacząć? Moja historia

Pamiętasz czasy, kiedy mama zaganiała Cię do pielenia ogródka? Albo wysyłała z miską oznajmiając idź, pozbieraj truskawki? Jeśli tak, to wiem co czujesz. Patrzyłam dziwnie na rodziców kupujących rośliny i koślawe krzewy w sklepie ogrodniczym. Dziś jadę do szkółki roślin rzucając się do auta jak szczerbaty na suchary. Moja ogrodowa historia, czyli opowieść o tym jak zawarłam przymierze z ziemią, to wprowadzenie do tej nowej, zielonej i pełnej cykających świerszczy zakładki.

CO Z TYMI CHWASTAMI?

Kiedy mama z tatą wysyłali mnie z haczką na działkę patrzyłam na nich wzrokiem mówiącym popukaj się tą haczką w czoło. Byłam jednak dobrym i przykładnym dzieckiem, więc żeby był syty wilk i cała owca, szłam bez wielkiego biadolenia, spędzałam między grządkami kwadrans, a potem sprytnie wykręcałam się innym obowiązkiem. Niestety zawsze taka byłam i jestem – godzę się, a potem i tak robię swoje. Za grosz nie rozumiałam jaką frajdę można mieć z wyrywania chwastów. To dla świrów sobie myślałam i marzyłam o wyrwaniu się z tej małej mieściny i zapuszczeniu korzeni w wielkim mieście wśród wieżowców i latarni z zabijającym światłem, nawet zza niebieskiej rolety.

Pamiętam jednak pewien dzień. Było wtedy wiosennie albo jesiennie – do końca nie mogę ustalić, a ja byłam licealistką, która nie ogarniała czasem własnych ambicji. Nie przygotowałam się na klasówkę i zawarłam z moim najlepszym tatą umowę – nie idę do szkoły, ale na działkę. Zgodziłam się, wolałam spędzić dzień wśród chwastów niż ponieść klęskę na sprawdzianie. Pieliłam wtedy maliny zaszyta na końcu ogródka. Słońce lekko grzało mi w twarz, usłyszałam ptaki, dzień przestał gonić się na czas. Poczułam, że liście są miękkie, a łodygi kolą. Ziemia przelewała mi się przez palce, a sąsiadujące kwiaty umilały spokój i błogość.

Zamarłam i pomyślałam, że kontakt z ziemią jest całkiem fajny i terapeutyczny.

TRÓJMIEJSKA DŻUNGLA

Pod koniec studiów, gdy byłam już kilka lat tą dziewczyną z wielkiego miasta, chyba mi się znudziło, bo zapragnęłam mieć w pokoju kwiatka. Padło na bambusa, marny był z niego okaz, bo nie miał szans z moją miłością do rozkręconego grzejnika nawet w maju. O roślinach wiedziałam wtedy tyle co o zeszłorocznym śniegu, czyli jak się domyślacie – niewiele.

Kilka lat później moda na zdrowy styl życia pochłonęła mnie całkowicie. Umarły bazylie w doniczkach, tymianek, ale i storczyk z supermarketu, i paru innych niezidentyfikowanych osobników. Więcej grzechów nie pamiętam. Jak tylko podjęliśmy temat kupna mieszkania, zrezygnowałam z pięknego widoku na zachody słońca na trzecim piętrze i zaklepałam parter z widokiem na własny ogród. Wielkim ogrodem ciężko go nazwać, bo liczy zaledwie 45m2, ale w porównaniu z bazylią na parapecie okiennym, to już nie lada wyzwanie.

STAŁO SIĘ!

I w końcu moja kreatywność wybuchła! Ogród miejski, bo tak ładnie i dostojnie nazywają się ogródki w bloku, stał się moim najprzyjemniejszym zajęciem, potem azylem. Ha! Posadziłam tu parę ładnych roślinek, o których opowiem Wam innym razem. Są krzewy owocowe, wspinające się pnącza, kolorowe kwiaty i duma mojej ziemi – jagoda goji. Podłoże jest tu lichawe, ale te kilka lat nauczyło mnie jak sobie z nim radzić. Wiecie, przepadłam całkowicie. Jak to możliwe? Śmieję się, że mogłabym jeździć na spacery do szkółki roślin.

JAK TO JEST Z TYM SLOW LIFE?

Wieczorem, kiedy całe osiedle śpi, ja wychodzę z herbatą do ogrodu. Patrzę na zegarek, jest 23.30. Trochę późno, ale siadam na lekko skrzypiącym krześle, obserwuję pozamykane na noc kwiaty, wdycham wilgoć podlanej ziemi. Gdzieś w dali słychać żaby, świerszcze, a kiedy o czwartej rano zwlekam się z łóżka, żeby wpuścić koty do domu to ćwierkają ptaki.

Podobno, żeby żyć slow life trzeba mieć dom z ogrodem na odludziu, najlepiej w lesie lub głęboko w górach. Ja nie chcę czekać i mam życie we własnym tempie tu, w małym ogródku na trójmiejskim osiedlu.

I tak sobie myślę, że nawet jeśli masz tylko balkon, albo parapet okienny, to też możesz mieć swoje slow life. Możesz posadzić pomidory koktajlowe, pęczek bazylii ( tylko podlewaj ją w przeciwieństwie do mnie;)) i lawendę w glinianej donicy.

Będzie pięknie, inspirująco i przytulnie.

Po Twojemu – jeśli tylko chcesz.

A chcesz?      

 

  • Ogród to wspaniała spraw, grzebanie w ziemi bardzo mnie relaksuje 🙂

  • Rzeczywiście jest w tym coś terapeutycznego. Kontakt z naturą doskonale wycisza. 🙂

  • Ewa “Psychologia Stylu”

    Eh, ja trzeci rok się zbieram żeby wziąć się za zrobienie mini ogródka na balkonie… Boję się tylko, że nie mam ręki do roślin 😛 Ale zobaczymy… skończę remont i może coś mi wyjdzie jednak 😛 W końcu to tak uspokaja…

    • Mnie na początku roślinki nie lubiły i szybko kapitulowały 😉 Jednak wszystko jest kwestią wprawy, na pewno Ci się uda 🙂 W razie czego pisz, może coś podpowiem 🙂

  • Moim marzeniem jest mieć swój ogród, z kwiatami i małym warzywniakiem. Jako dziecko nie przepadałam za tym, jedynie uwielbiałam wyjadać truskawki. Dziś mam swój balkon pełen zieleni, w którym się relaksuję.

    • Pięknie! Z warzywniaka mam tylko pomidorki koktajlowe, ale na przyszły rok zorganizuję skrzynki na sałatę i rzodkiewki 😉 Balkon to też super sprawa, zawsze można umysł przewietrzyć 🙂

  • Niestety ani moi rodzice nie mieli ogródka, ani ja go nie posiadam, więc póki co nie dane mi będzie doświadczyć jego terapeutycznej mocy 🙁

    • Może ziołowy mini ogródek na parapecie? 🙂 Albo parę sukulentów na dobry początek?

  • Ostatnio czytałam ksiązkę o urządzeniu ogródka, powieść, nie jakiś poradnik…I poczułam ten klimat 🙂 Choć do miłości to jeszcze daleko…Chyba muszę dojrzeć jeszcze trochę 😉

  • Jak pięknie! Nie dziwię się, że przepadłaś!

    Ja jestem ciągle na etapie, że kręcą mnie tylko kaktusy, których nie trzeba podlewać, a dzień spędzony na działce uważam za swój dzień stracony. Ale umiem sobie wyobrazić, że to dla kogoś innego może być radość.

    • Kaktusów nie mam ze względu na koty i dziecko, ale sukulenty pokochałam całym sercem <3 Mam ochotę zrobić w domu botaniczny busz 😉